19 września 2007, 13:10
Ciezko mi sie ostatnio pisze. Jakby kazde slowo wyplywajace ze mnie powodowalo, ze staje sie jeszcze bardziej pusta...
Zasypiam i budze sie w jego ramionach. To jest cudowne. Rano budzi mnie przytulaniem, swoim goracym cialem... A ja jakbym czekala na jakas katastrofe, na COS nieuchronnego, co spowoduje, ze zaraz wszystko sie zawali. I znam mechanizm takiego myslenia- przeciez ono sprowadza nieszczescie, samospelniajace sie proroctwo... Ale nie potrafie przestac. A Ony jakby wiedzial na co czekam i z dnia na dzien staje sie coraz lepszy i coraz bardziej M Ó J. O ironio! Wczoraj zabral mnie do dentysty, a jak wyszlam to oczywiscie zrobil to czego potrzebowalam: "Kochanie bylaś bardzo dzielna", i mnie mocno przytulil. Jakby to nie moje zycie bylo...